U Rudej - fitnessowo-lifestylowy blog

Bieg dla Filipa – moje wrażenia z pierwszego startu

Jak dobrze wiecie, w niedzielę wzięłam udział w biegu charytatywnym organizowanym dla Filipa.

Filip urodził się 13 grudnia 2014 roku z zespołem wad wrodzonych o nazwie Vacterl. W jego przypadku oznacza to złożoną wadę serca, niedrożność przełyku oraz zarośnięty odbyt. Obecnie po siedmiu operacjach (!!) Filip wymaga nieustannej kontroli wielu specjalistów oraz ciągłej rehabilitacji. Filipa czeka również trudna operacja przełyku, podczas której chirurdzy podejmą próbę poszerzenia przełyku lub usunięcia miejsc zwężenia i ponownego zespolenia.

Nawet teraz, gdy to piszę, szklą mi się oczy. Filip ma niecałe 3 lata i przeszedł już 7 operacji, a czekają go kolejne. I to naprawdę skomplikowane operacje, jak wspomniana już operacja przełyku. Gdy tylko zobaczyłam, że Runport organizuje bieg charytatywny, nie wahałam się ani chwili i wpłaciłam po 50 złotych za osobę. Mogłam więcej, ale nie o to chodzi, żeby żreć gruz przez następny miesiąc, prawda? Dajemy tyle, ile mamy, a na tamtą chwilę to było nasze maksimum.

Przyznam się, że ten bieg był dla mnie naprawdę ważnym wydarzeniem z dwóch powodów – był to bieg charytatywny, dla chorego dziecka, które nie zasłużyło na taki los, a także był to mój pierwszy start w ogóle. Nie wiedziałam czego się spodziewać, jaka będzie atmosfera i ile osób będzie biegło. Nie wiedziałam też, czy w połowie biegu się nie zatrzymam – pisałam Wam o kontuzji kolan, której doznałam ponad miesiąc temu. Naprawdę się stresowałam, ale jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie.

Na początku odebraliśmy numery startowe i czipy. Okazuje się, że sponsorzy naprawdę dali czadu, bo oprócz tego były medale oraz puchary dla podium w różnych kategoriach. Biec można było na 5 albo 10 kilometrów, ja oczywiście wybrałam krótszy dystans. Przemiał ludzi był – widziałam masę osób w koszulkach m.in. z Runmagedonu, maratonu, półmaratonu i innych długodystansowych biegów. Rzeźnika tylko zabrakło :x W każdym razie była też matka z wózkiem, mnóstwo dorosłych z psami a nawet dzieci! Każdy bez wyjątku biegł dla Filipa i ustawił się na starcie – to było coś niesamowitego. Moment, w którym stoisz wśród tych ludzi, jest naprawdę cudowny i nie do opisania. Dlatego tak bardzo żałuję tego, co się stało potem.

Gdy wystartowaliśmy utrzymywałam swoje tempo i biegłam równo, wysuwając się na początek. Mniej więcej w okolicy 2 kilometra zaczęły mnie pobolewać kolana, a kolejne kilkaset metrów mnie dobiło. Nie wiem, czy przebiegłam połowę trasy, ale musiałam się zatrzymać i nie byłam w stanie dalej biec. Co chwila ktoś mnie wyprzedzał, zachęcając do dalszego biegu – i mimo że naprawdę wiem, że oni chcieli dobrze, to było mi strasznie wstyd, bo nie mogłam biec dalej i musiałam się każdemu tłumaczyć. Skończyło się tak, że gdy dojechał do mnie rower (tak, byłam ostatnim zawodnikiem!!) i wyprzedził mnie koleś z półmaratonu (biegł na 10 km) wkurwiłam się i ruszyłam biegiem, wyprzedzając kilka osób z końcówki. Myślę, że gdyby to był zwykły trening, to nie zdecydowałabym się na ten krok, ale atmosfera zawodów sprawiła, że coś mi odjebało i mimo że nie powinnam, to przebiegłam linię mety. Żałuję tego do teraz, bo nie mogę schodzić po schodach i siedzieć przy biurku i w piątek idę prywatnie do ortopedy, żeby sprawdził co mi tam się z kolanami dzieje. Niby jest lepiej niż w poniedziałek, ale nadal nie jest różowo – pomimo smarowania, tejpowania, kupna specjalnych butów i miękkiego podłoża (leśna ścieżka) kolana nadal bolą. Obawiam się, że gdy na dobre polubiłam bieganie, swoim zachowaniem wykluczyłam siebie nie tylko z Color Run (koniec maja), ale również w ogóle z biegania w tym sezonie.

Bieg dla Filipa

Ogólnie bieg dla Filipa wspominam bardzo ambiwalentnie, bo z jednej strony pokochałam tę atmosferę i z chęcią bym to powtórzyła (zwłaszcza że to była pierwsza i nie ostatnia edycja tego biegu), a z drugiej od połowy towarzyszył mi tak przeraźliwy ból kolan, że miałam ochotę umrzeć. Serio, nie przesadzam – nigdy nie czułam czegoś takiego. To uczucie mogę porównać to tego, jakby ktoś wbijał mi nóż w staw i sobie nim tam dłubał. Nic fajnego, dlatego ostrzegam każdego, kto będzie miał takie durne pomysły jak ja – odpuśćcie. Jeżeli macie podobny problem a macie opłacony bieg, to żeby Was nie kusiło – idźcie całą drogę szybkim marszem. Gdybym nie miała sportowego stroju to bym przeszła te 5 km i nie było by problemu. A na pewno nie wykupujcie nowych biegów, jeśli nie macie pewności, że ból przejdzie.

A jak Wy wspominacie swój pierwszy start? Mam nadzieję, że lepiej niż ja ;) I pamiętajcie – to był pierwszy bieg dla Filipa, ale z tego co mówił tata Filipa (pozdrawiam i trzymam kciuki!) to ma nadzieję, że ta impreza będzie cykliczna. I mam nadzieję, że tym razem nie będę na szarym końcu tabeli wyników (miejsce 213 na 229, z kontuzją – myślałam, że będzie gorzej).

 

Obserwuj mnie na INSTAGRAMIE i na FACEBOOKU. Jeżeli chcesz skomentować, wpisz komentarz w odpowiednie pole i kliknij myszką w pole „zarejestruj” → otworzą Ci się pola name, e-mail, hasło, a niżej okienko do zaznaczenia „wolę pisać jako gość”.