U Rudej - fitnessowo-lifestylowy blog

Ciąża i poród – jak to przebiegało u mnie?

Spokojnie – nie mam zamiaru szczegółowo opisywać swojego porodu. Samo wspomnienie jest dość traumatyczne, a poza tym nie chcę straszyć osób, które chcą w ciążę zajść lub spodziewają się rozwiązania ;) Dzisiejszy wpis jest luźniejszy: pozwoli mi wdrożyć się w ponowne publikowanie na tym blogu, a niektórzy pytali mnie o przebieg ciąży i poród, więc żeby nie odpisywać każdemu z osobna, postanowiłam odpowiedzieć wszystkim w jednym wpisie.

Ciąża

Nie mam za bardzo na co narzekać, jeżeli chodzi o całą ciążę. Nie byłam w ciąży zagrożonej, nie musiałam więc leżeć przez 9 miesięcy i się oszczędzać. 1 trymestr zniosłam bardzo dobrze, jeżeli nie weźmiemy pod uwagę faktu, że rzuciłam palenie. Byłam więc straszną suką – byłam drażliwa, kłótliwa i płaczliwa. I nie, to nie były hormony, jak niektórzy z Was mogą pomyśleć. One w dawce, która ma wpływ na nasze zachowanie, pojawiają się jakoś na przełomie 2/3 trymestru. Po prostu brakowało mi fajek i mimo zapewnień prawie każdego znajomego – nie odrzuciło mnie od nich. Ciągnęło mnie do palenia przez 1 i 3 trymestr. To była męka, dlatego jeżeli staracie się o dziecko, a palisz, to postaraj się rzucić już teraz. Serio. Ja nie mogłam się zmobilizować i przez te 3 pierwsze miesiące byłam masakryczna, jeżeli chodzi o zachowanie.

Co do samego 1 trymestru, to nie miałam mdłości ani napadów głodu, z czym niektórzy się borykają, co zaliczam na duży plus. Zjebała mi się za to konkretnie cera. Naprawdę – najpierw miałam taką podskórną „kaszkę”, a potem wysyp pryszczy na czole. Musiałam zacząć używać podkładu, a nigdy tego nie robiłam, co najwyżej nakładałam puder na twarz. Potem te pryszcze zmieniły się w zaskórniki otwarte, z którymi zmagam się do teraz. Jak macie jakieś super sposoby, żeby się ich pozbyć (mam je WSZĘDZIE na twarzy! Nie tylko na nosie i brodzie, jak do tej pory, ale zaatakowały czoło i policzki :/), to poproszę o rady :D W każdym razie po mojej gładkiej i czystej cerze nie pozostał nawet ślad. Cóż, życie.

Problem pojawił się w 2 trymestrze, bo zaczęłam mieć zadyszkę, gdy wchodziłam po schodach lub biegłam na tramwaj, a do tego doszły zawroty głowy. Musiałam więc odpuścić treningi na rzecz spacerów. Nie jest łatwo ćwiczyć, gdy masz wrażenie, że za chwilę zemdlejesz. Poza tym tyłam dość szybko, o czym pisałam na fanpage’u, ale wynikało to z nieprawidłowej diety. Pod koniec 2 trymestru zwiększył mi się też apetyt, co odbiło się na wadze. Na szczęście prawie wszystko poszło w brzuch.

3 trymestr był najgorszy. Złe samopoczucie, zawroty głowy, przedwczesne skurcze, puchnięcie na całym ciele (stopy powiększyły mi się o rozmiar! o.O Musiałam zdjąć też obrączkę i pierścionek), na dodatek strach przed przedwczesnym porodem – to wszystko sprawiło, że byłam megakłótliwa i płaczliwa. Na początku potrafiłam się popłakać, gdy spadło mi na ziemię jajko na twardo albo kot obudził mnie w nocy. Dodatkowo co chwila latałam do łazienki, bo miałam zapalenie pęcherza, a pod koniec 7 miesiąca nabrałam jakieś 3/4 kilogramy wody, więc musiałam brać dodatkowe leki. Miałam podejrzenie nie tylko o cukrzycę ciążową, ale też o zatrucie ciążowe. Musiałam ograniczyć picie wody przez to i teraz ciężko mi wrócić do picia 2 litrów dziennie. Wszystkie wypracowane nawyki poszły się kochać.

Poród

No, a potem poszłam do ginekologa i usłyszałam „ma Pani spoko szyjkę macicy, przestała się skracać, nic nie zapowiada przedwczesnego porodu”. To było w poniedziałek, a w czwartek wylądowałam w szpitalu, bo rano odeszły mi wody. Mamo, ale to była panika. To był 8 miesiąc, a dokładniej 35 tydzień i 5 dni. Czyli za wcześnie o jakieś 2 tygodnie. Miałam rodzić gdzie indziej, ale po rozmowie z ginekologiem już wcześniej stwierdziłam, że w razie jakby się coś działo, to jadę na Polną w Poznaniu, a nie na Raszei, bo mają lepszy sprzęt do ratowana wcześniaków i kobiet z zagrożoną ciążą. I jedzenie mają lepsze. No więc wylądowałam na Polnej. I od 11 do 18 leżałam na korytarzu naprzeciwko porodówek >.>

Nie życzę tego nikomu. Opieka była na medal, ale brak miejsc to jakaś masakra. Kurde, nie dostałam nic do jedzenia, a na dodatek doszedł stres (bo chcąc nie chcąc widziałam wszystko jak otwierali drzwi do porodówki :/), więc skurcze mi się cofnęły. Miałam je co 7 minut, ale nagle bach, ustały. Więc szybka („szybka”) decyzja: przenoszą mnie na obserwację. Generalnie do 24 godzin po odejściu wód powinnam urodzić, jak nie, to wywołujemy poród.

Dostałam kolację, Buc przyniósł mi coś do jedzenia i musiał iść, bo miał wykupione miejsce tylko na porodówce, a na obserwacji nie mógł zostać. Zostałam więc sama – z kobietami, które są we wcześniejszej ciąży niż ja i też mają skurcze, które lekarze próbują hamować. Super, nie?

Kolejne już skurcze obudziły mnie koło 2 w nocy, więc zgłosiłam to lekarzom, spakowałam się, wzięłam prysznic, zadzwoniłam po Buca (dobrze, że usłyszał dzwonek telefonu :D) i wzięli mnie od razu na porodówkę.

Urodziłam o 7:33, czyli jakoś niecałe 22 godziny po odejściu wód. Poród trwał krótko, ale… matko, co to był za koszmar. Darłam się tak przy skurczach o 4 nad ranem, że dali mi leki przeciwbólowe. Nie wiem, co w nich było, ale czułam się jak po srogiej imprezie: miałam helikopter i chciało mi się wymiotować. Gadałam głupoty do Buca, ale tak cicho, że prawie mnie nie słyszał. A potem prawie zasnęłam. Nie wiem na bazie czego to było, ale przez chwilę czułam się naprawdę dobrze.

I się zaczęło. Tutaj już nie będę opisywać, powiem tylko tyle: dla prawie każdej kobiety, z którą rozmawiałam, skurcze parte to była ulga. U mnie to był koszmar. To jest naprawdę ból nie do opisania. Mimo silnych leków przeciwbólowych! Na szczęście wszystko poszło szybko (lekarze aż schodzili się chyba z innych bloków, żeby zobaczyć, kto tak drze japę :D Przepraszałam później, ale naprawdę nie byłam w stanie nie krzyczeć), a mała dostała 10 punktów na 10 :) 

Problem pojawił się też później. Dziecko miało żółtaczkę, a na dodatek było wcześniakiem, więc straszyli mnie, że mnie nie wypuszczą. No i nie wypuścili. Zrobili to dzień później, ale ze względu na mój stan, a nie małej. Straciłam bardzo dużo krwi – na tyle, że musiałam przyjąć 2 jednostki krwi. Nie miałam siły na nic, a najgorsze było to, że mimo że się cieszyłam, to nie miałam jak tego okazać. Obie z córką spałyśmy po 18 godzin dziennie. Nabawiłam się też groźnej anemii – mimo że zawsze miałam żelazo w górnej granicy normy. Na dodatek na porodówce dziewczyny już normalnie siadały po turecku do karmienia, a mnie tak cholernie bolało, że mogłam tylko leżeć.

Dziecko było słabe, ja byłam słaba, a przez to nie produkowałam wystarczającej ilości pokarmu i musieliśmy dokarmiać ją butelką. I niestety, ale ten pokarm u mnie już się nie chciał produkować. Ciągle biorę żelazo i inne leki, które mają mi pomóc ustabilizować organizm, ale kurde, minął miesiąc a ja wciąż odczuwam skutki porodu. A już są pytania „kiedy drugie”. Dam Wam radę: nigdy nie pytajcie o to kobiety zaraz po porodzie :P 

Nie zrozumcie mnie źle, cieszę się, że mam córkę :) To cały mój świat. Ale czy zdecydowałabym się na ciążę i poród raz jeszcze, gdybym mogła cofnąć czas? Nie wiem, obstawiam, że tak, ale na drugą ciążę się nie zdecyduję. Chyba że za kilka lat. Pomiędzy mną i bratem jest 7 lat różnicy, więc myślę, że 7 lat to wystarczająco czasu do namysłu :D Wcześniej nie przewiduję.

Z dzieckiem jest wszystko w porządku, ale ma gorsze i lepsze dni, jak każdy z nas. Czasem śpi po 3 godziny z rzędu, a czasem nie chce spać w ogóle. Czasem mogę pracować, a czasem nie jestem w stanie jej odłożyć, bo płacze (przy komputerze także, mimo że jest na rękach). Łatwo więc nie jest, muszę dostosowywać czas do swojego dziecka, posiłki leżą, syf jest w domu, koty domagają się atencji, rozgrzebane zlecenia z pracy leżą… A ja powoli myślę nad tym, jak to wszystko opanować. Wiem, że nie przestawię dziecka na swój tryb życia, ale też muszę nauczyć się jak żyć z tyloma obowiązkami na głowie. Buc nie odciąży mnie we wszystkim ani nie zje za mnie posiłku, a czasami i na to nie mam czasu. Więc chyba muszę poważnie zastanowić się nad cateringiem (ale w sumie nas nie stać), albo nad jedzeniem z pudełek w domu. 

Obecnie kończy mi się połóg (każdy, kto mi zazdrościł braku okresu, może się wypchać, bo połóg to okres non stop przez jakieś 6 tygodni ;x), więc niedługo idę do lekarza i mogę powoli wracać do ćwiczeń. Jednak ostateczna decyzja, czy będę mogła robić treningi, należy do mojej lekarki. Muszę też iść do fizjoterapeuty, żeby sprawdził, czy nie mam rozstępu mięśni prostych brzucha, bo jeżeli tak, to najpierw muszę go zamknąć, a potem mogę normalnie ćwiczyć.

Po porodzie bardzo pomógł mi Buc – wziął 2 tygodnie urlopu i gdyby nie on, nie wiem, czy dałabym sobie radę. Przez 1 tydzień byłam tak zmęczona i osłabiona, że nie miałam siły na karmienie małej i zasypiałam z butelką w ręku. Walczyłam też o laktację, ale przegrałam tę walkę, a spadek masy u córki zagrażałby jej życiu, więc musiałam się poddać. Ważne jednak jest to, że mała jest zdrowa, a nie to, w jaki sposób karmię. Ciekawe, czy posypią się hejty :D

Między innymi dlatego nie miałam siły na aktualizowanie fanpage’a czy pisanie na blogu. Na dodatek musiałam dokończyć 1 rozdział magisterki, zdać sesję i wyrobić się z zaległymi zleceniami. I nauczyć się obsługi dziecka (ja dziecko przed porodem trzymałam na rękach raz w życiu :D). Sami więc rozumiecie, że nie dałam rady pisać o czymkolwiek gdziekolwiek. Ale powoli wracam do pisania i normalnego życia :) Dlatego mam nadzieję, że jeszcze w przyszłym tygodniu uda mi się przygotować post o głodzie jakościowym i ilościowym.

 

Obserwuj mnie na INSTAGRAMIE i na FACEBOOKU. Jeżeli chcesz skomentować, wpisz komentarz w odpowiednie pole i kliknij myszką w pole „zarejestruj” → otworzą Ci się pola name, e-mail, hasło, a niżej okienko do zaznaczenia „wolę pisać jako gość”.