U Rudej - fitnessowo-lifestylowy blog

Jak wygląda mój dzień?

Wpis wisi od 19 lutego i jakoś nie mogłam się zmobilizować, żeby go poprawić i opublikować. W końcu tyle ważnych rzeczy musiałam w międzyczasie napisać! Ale w końcu kopnęłam się w tyłek i jeśli ktoś jest ciekawy, jak wygląda dzień z życia blogera na etacie, to zapraszam :)

Musicie coś wiedzieć – dzień bez odhaczania wykonanych zadań to dzień stracony. Powiem więcej – mój dzień bez zapisywania wielu rzeczy i planowania by nie istniał. Nie dlatego, że jestem jakąś maniaczką zapisywania wszystkiego (chociaż nie ukrywam, lubię to robić), ale dlatego, że mam dość dużo na głowie. Poza tym jestem roztrzepana i gdybym nie zapisywała większości zadań na kartce, to pewnie zgubiłabym własną głowę, złapałyby mnie kanary i wlepiłyby karę, a ja jadłabym gruz i płaciła odsetki do banku.

Opiszę standardowy wtorek. Nie opisuję poniedziałku, bo ile można o nim pisać :D Przykłady macie tu, tu, tu i tu.

6:20 – budzik w Polar A300 wibruje, wybudzając mnie ze snu. Buc jeszcze śpi, więc powoli zwlekam się z łóżka i wypijam szklankę wody. Bez cytryny, bo ciągle o niej zapominam, a rano nie chce mi się tak od razu podchodzić do lodówki. Nastawiam wodę na kawę, w międzyczasie przeganiając Teo, który skacze na ścianę. Polar spisał się znakomicie i stworzył zegarek, który przepięknie odbija światło, puszczając tak zwane zajączki na ścianę. Za którymi skacze kot. Dobrze, że i tak ściana miała być pomalowana :D

6:30 – jestem już w łazience. Kawa zalana wrzątkiem się studzi, a ja muszę się ogarnąć na nadchodzący dzień. Wyłączam też drugi budzik, tym razem w telefonie. Nastawiłam go już dawno, bo nie wierzyłam, że same wibracje będą w stanie mnie obudzić. I mimo że zegarek mi wystarcza do pobudki, to nadal nie wyłączyłam tego budzika w telefonie. Jakoś czuję się po prostu bezpieczniej, mając dwa budziki. No i się tak nie ślamazarzę z rana.

6:50 – dzwoni budzik Buca, a ja właśnie wychodzę z łazienki. Czasem jednak się ociągam i wychodzę 10 minut później, przez co w pracy jestem na ostatnią chwilę. No cóż, kto nigdy nie wjechał do pracy rzutem na taśmę niech pierwszy rzuci kamieniem.

7:00 – mieszam kawę, robię śniadanie, bawię się w Indianę Jonesa i królestwo śmierdzącej kupy (czyli oporządzam trzy kuwety).

7:10 – zabieram się do śniadania, wyciągam Buca z łóżka, bo mu się nigdy nie chce wstawać rano. Zazwyczaj tak się zbiera, że zanim siądzie do śniadania, ja już swoje kończę i w spokoju wypijam kawę. Gdy on je, ja zaczynam się ogarniać. Czeszę włosy, pudruję twarz, zmieniam koszulkę (rano zawsze zakładam tę samą koszulkę na ramiączkach. Nie mam pojęcia po co, ale to taki mój dziwny rytuał. Nigdy nie zakładam tak rano koszulki, w której przechodzę cały dzień. Dziwne, nie?) i zaczynam się ubierać. W międzyczasie Buc szybko kończy jeść i się ogarnia, a ja dręczę koty.

7:30 – tak, nie mam pojęcia gdzie znika mi te 10 minut, ale pewnie marnuję je na pospieszanie Buca, że znowu się spóźnimy na tramwaj. Wychodzimy o tej porze, czasem pięć minut wcześniej, odpalamy fajkę i dziarskim krokiem brniemy przez śnieg i wsiadamy do tramwaju.

7:45 – jestem na przystanku, w którym się przesiadam do innego tramwaju, Buc jedzie dalej. Zazwyczaj 7:50 lub 7:55 jestem już w pracy.

8-16 – pracuję. Pierwszą godzinę poświęcam na planowanie zadań na dzisiaj, na przypomnienie sobie tego, co robiłam poprzedniego dnia i odczytuję maile. Nanoszę poprawki na teksty i wysyłam je do szefa, później zajmuję się czymś innym. W międzyczasie mam przerwy o 9, 12 i 14. Wtedy jem. Lubię jeść i to chyba każdy w pracy wie. Jem na każdej przerwie, cóż :D

17:00 – jestem w domu, wącham czy Teo nie nasikał na kanapę i zaczynam szykować obiad. Gdy mieszam jedną ręką makaron, przygotowuję drugą ręką małą niespodziankę dla was ;) A nogą głaszczę Sir Kota i Teo. Drugą noga daję im jeść i leki.

17:30 – już jemy, oglądając coś na laptopie. Postawiliśmy na iZombie. Muszę przyznać, że ten serial jest naprawdę ciekawy. A nigdy nie lubiłam produkcji o zombie, więc serial już tym się broni. No i mam słabość do głównej bohaterki – mamo, jak dobrze ją zrobili w tym serialu!

18:00 – do tej godziny odpoczywamy. Ja się zabieram do nauki/ćwiczeń/pisania posta. Zależy która jest pora roku. Teraz jestem prawie po sesji, więc zazwyczaj ćwiczę albo piszę posty na bloga. A raczej je zaczynam, zostawiam niedokończone, a zabieram się za poprawę tych już gotowych. W międzyczasie oba koty postanawiają uwalić się obok albo na laptopie. Albo na obu klawiaturach. Generalnie przeszkadzają.

20 – czas na odpoczynek. Odkładam notatki i przez pół godziny przeglądam fejsa. Muszę nadrobić zaległości ;) Później zaczynam robić obiad do pracy na środę, a drugą ręką mieszam ryż do sushi na kolację.

21 – Buc wkracza do akcji, bo ja mam ciągle coś w łapach i robi kanapki do pracy, a także kroi warzywa. Ja się rozpraszam i kręcę się jak owsik w gaciach, bo akurat dzisiaj zarządziłam rest, ale nie lubię siedzieć na dupie tyle czasu. Przetrę coś szmatką, poukładam coś, spojrzę na telefon, podokuczam kotu – czyli robię wszystko i nic, co doprowadza Buca do szału :D Zazwyczaj dostaję wtedy ścierką lub kulą-smutulą (nie pytajcie, serio) i idę dobie precz, obrażona na cały świat.

22 – jemy kolację. Zanim ją zjemy i pozmywamy, jest 22:30 i czas spać. Wyrzucam sobie, że znowu poszłam spać za późno i jutro będzie lepiej. Tak sobie powtarzam codziennie. Nigdy nie wychodzi, chociaż ostatnio jest dużo lepiej.

 

Jak widzicie nic specjalnego – w międzyczasie gonię koty, marudzę, zawijam się w kołdrę i udaję burrito, a potem znowu snuję się bez celu po mieszkaniu. A mieszkanie jest bardzo małe. Pisanie postów wymieniam z treningami i lenieniem się. Na wszystko znajdę czas – sami widzicie, ile go marnuję w trakcie dnia na głupoty :)

Swoją drogą dzisiaj jest dzień kota – wszystkim futrzakom należą się najsmaczniejsze, a zarazem najpaskudniejsze saszetki pod słońcem <3