U Rudej - fitnessowo-lifestylowy blog

Jak zorganizować sobie czas?

Przyznam, że odkąd zaczęłam pracować, ciągle wydawało mi się, że dobra jest za krótka. Nic dziwnego – kiedyś wstawałam około 11/12, a chodziłam spać około 1/2. Poza tym nie robiłam nic – czasem poćwiczyłam, czasem z nudów poszłam na zajęcia, czasem pograłam w RPG online. Ale głównie oglądałam seriale i raz na jakiś czas sprzątałam mieszkanie. Pasjonujące życie, prawda?

Pracuję na pełen etat. W planach mam powrót na studia, tym razem zaoczne. Dwa lata magisterki, dwa lata braku części weekendów. Złapałam się ostatnio za głowę – jak ja to wytrzymam? Przecież teraz, z wolnymi weekendami, mam urwanie głowy. Ledwo co udaje mi się wcisnąć treningi, sprzątanie, mycie głowy, karmienie kotów, robienie jedzenia do pracy, spanie od 22.30… Masakra, prawda? A wbrew pozorom wcale tego nie jest tak dużo!

14045472_1186106921411770_1085453608_o  

Po pierwsze – to do list!

Tak, dobrze czytacie. I tak, też się z tego śmiałam ;) Ale uwierzcie, że to działa. Żadne kalendarze czy pilne notowanie całego planu dnia – to u mnie nigdy się nie sprawdza. Kupiłam tablicę korkową, karteczki, pinezki i zaczęłam pisać to do listy. No i dupa, część z nich pisałam w pracy. A później karteczki gubiłam. Zainstalowałam więc to do list w telefonie. Wypisuję najważniejsze rzeczy, które muszę zrobić w danym dniu. Umyć włosy, zrobić jedzenie do pracy, poćwiczyć lub pójść na spacer, zrobić zakupy, posprzątać w mieszkaniu. Co ważne – nauczyłam się, że jeżeli nie mam ochoty na trening siłowy w domu przez 45 minut, bo po prostu nie, i nie chce mi się biegać, to idę na spacer. Godzinka lub dłużej, 5 kilometrów zrobione, i po sprawie. Kalorie spalone, nogi w tyłek włażą (ganiam za pokemonami i chociaż staram się nie przyśpieszać, jak widzę w pobliżu Ponytę lub Vulpixa, to nie zawsze mi się udaje. Takie interwały czasami z tego wychodzą :D), a jak zamiast pokemonów robię misję w Ingressie, to i 10 km da się zrobić w krótkim czasie. I o dziwo oszczędzam mnóstwo czasu!

Po drugie – zrób to, do cholery!

Serio, nie wiem, jak kiedyś mogłam coś odkładać na ostatnią chwilę. To jest tak nieefektywne, że jak ja zdałam maturę, sesje na studiach i licencjat? Naprawdę nie wiem, chyba tylko szczęście mnie uratowało. Nie zrozumcie mnie źle – odkładam różne rzeczy, których akurat nie chce mi się w tej chwili robić, ale już nie odkładam wszystkiego, żeby tylko obejrzeć po raz dziesiąty ten sam odcinek how i met your mother.

Po trzecie – priorytety!

Moja lista ma swoje priorytety. Nie są wypisane, ale wiem, które są najważniejsze. Jeżeli mam coś odpuścić, to odpuszczę spacer czy umycie łazienki, ale wiem, że jedzenia do pracy nie odpuszczę. Bo nie mogę, bo nie chcę wydawać pieniędzy na kanapkę, od której zrobi mi się z brzucha balon. Podobnie nie chcę, żeby moje włosy wyglądały jakby je polizał wielbłąd, więc muszę je umyć. Czasem kosztem treningu. Ale to nic – zrobię go jutro. Proste? Proste. Śmiałam się z to do list, a muszę przyznać, że niejednokrotnie ratuje mi to tyłek. Kalendarz kalendarzem, ale jednak jestem mocno ztechnologizowana, więc taka lista w telefonie jest dla mnie zbawieniem. Wchodzę w aplikację i dodaję kilka zadań, czasem je przesuwam, czasem robię coś z następnego dnia. Dzięki temu moje zadania są uporządkowane i mam czas na wszystko. A nawet sporo czasu mi zostaje na zwykłe obijanie się!

Po czwarte i najważniejsze – nie bądź Zosią-Samosią!

Nic dobrego z tego nie wyjdzie. Ty będziesz miała mnóstwo rzeczy na głowie, będziesz zmęczona i tylko szlag cię trafi. Odpuść czasami i poproś kogoś o zrobienie jedzenia do szkoły lub o zrobienie prania albo obiadu. Ty w tym czasie zajmij się jednym ze swoich priorytetów. Tak jest dużo przyjemniej i nikt nie marnuje czasu na bycie ziemniakiem na kanapie :)

14060367_1186106858078443_1629087044_o

 

 

_______________

Kalendarz: Empik, do kupienia na ten rok.

Aplikacja: lista zadań, do ściągnięcia z google play.