U Rudej - fitnessowo-lifestylowy blog

Koniec z kaloriami!

A raczej z ich liczeniem ;) Od kilku miesięcy jestem na redukcji i mimo tego, że nie osiągnęłam swojego idealnego wyglądu ciała oraz wymarzonych cm, to stwierdziłam po ostatnim tygodniu, że liczenie kcal na tym etapie redukcji u mnie się już nie sprawdza. Dlaczego?

Przede wszystkim zacznę od tego, że na początku przygody z blogowaniem pisałam o tym, że ważę 68 kilogramów. To było kilka miesięcy temu. Zaczynałam z wagą 75 kilogramów, a kiedy miałam 70 kilogramów, poprosiłam o pomoc trenera personalnego. Wtedy głównie stawiałam na bieganie i to za jego namową w końcu kupiłam hantelki (1kg każdy, więc bez szału) i zaczęłam ćwiczyć siłowo. Bardzo nieporadnie, ale byłam zdeterminowana. Trzymałam się rozpiski, a dwa dni w tygodniu szalałam. Alkohol plus cheat meal, razem dwa dni. Chudłam normalnie, 1kg na tydzień. Problem w tym, że bałam się z trenerem rozmawiać przez telefon (on chciał tylko rozmów, ja mam awersję do dłuższej rozmowy z nieznajomymi). Siłą rzeczy po miesiącu i minusowych 4 kilogramach nie przedłużyłam z nim współpracy. Po kolejnym miesiącu poszedł blok na fejsie – czemu? Nie wiem do dzisiaj, ale mnie zablokował na jednej grupie, w której jestem, nie widzę jego postów ani nie mogę wejść na profil. Czyżby urażone ego? ;)

Mimo to trzymałam się pi razy drzwi jego zasad, co jakiś czas wyliczając nowe zapotrzebowanie, bo chudłam. Ale ile można żyć na ryżu z kurczakiem/indykiem/drogą rybą, na którą mnie nie stać? Gdzie spaghetti? A makaron ze szpinakiem? Ile można jeść jajka na śniadanie! Nie, ta rozpiska nie była idealna :) Męczyłam się, dlatego stwierdziłam: walić to. Sama schudłam 5 kilogramów, to teraz też mi się uda! Więc zatraciłam się w liczeniu kcal i powiem Wam, że to był strzał w dziesiątkę.

W tym poście pisałam o wyliczeniu zapotrzebowania. Chciałam napisać również post o wyliczeniu ilości białka, węglowodanów i tłuszczy, jednak pojawiają się ostatnio głosy, że spożywamy zbyt dużą ilość białka dziennie, dlatego się wstrzymuję. Sama jestem w tym temacie laikiem, spożywałam na redukcji ok 2 gramy białka na 1 kilogram masy ciała (masakra, nie? Na szczęście te czasy już dawno za mną) i nie chcę nikomu zrobić krzywdy, a dietetyk ze mnie żaden, więc temat na razie idzie w kąt.

Odcinałam kalorie radośnie i widziałam, jak ciało się zmienia i jak waga spada. Obecnie jednak nie miałam do tego głowy, czasu ani chęci. W czwartek zaczęłam urlop (całe dwa dni!) i wtedy właśnie o 6 rano pojechaliśmy z M. do Wrocławia. McDonald’s był najtańszy (w końcu mieliśmy kupony), więc posiłki wyglądały tak: w pociągu zjedliśmy kanapki, we Wrocławiu Maca, a w domu łososia wędzonego z Almette w wydrążonym pomidorze. 3 posiłki – szok, prawda? Gdzie 2 pozostałe i dlaczego na obiad wpadł Mac? Jak tak można, cheata miałaś kilka dni temu, gruba świnio!!!111oneoneone A na dodatek jeszcze ja wredna do dzisiaj jadłam sobie co chciałam, ale bez przesadzania z fast foodami. I wiecie co? Tak jak waga stała, tak znowu ruszyła w dół. Czy to przez to, że we Wro zrobiliśmy 24 kilometry, a potem w sobotę i niedzielę kolejno po 7/8 km? Nie wiem, możliwe, ale postanowiłam na sobie poeksperymentować. Jem tak jak do tej pory, ale kalorie idą w kąt. Ciekawa jestem, czy wytrzymam bez „a to mi nie zaszkodzi, bo skoro nie widzę cyferek na telefonie, to one nie pójdą w tyłek” ;) Myślę, że to odpowiedni czas na taki krok. Niektórzy twierdzą, że redukcję można robić max 8 miesięcy (dlaczego w ogóle 8?), że to wycieńczenie dla organizmu itp. Hm, teoretycznie się z nimi zgadzam, ale… no właśnie, to nie dlatego postanowiłam przestać liczyć kcal. Po prostu chcę się sprawdzić i chcę zobaczyć, czy moje przypuszczenia są słuszne i ostatnio liczenie kcal bardziej mnie stresuje niż sprawia frajdę. Obecnie liczę monety wrzucane do słoika i chyba wolę taką matematykę ;p

Zaczynałam w marcu z wagą 75 kilogramów przy wzroście 162 cm. Pół roku później, czyli na stan dzisiejszy, ważę 63 kilogramy z groszami. Schudłam 12 kilo metodą prób, błędów, wyrzeczeń i potknięć. Ale co najważniejsze – zmieniły się moje nawyki. Teraz chcę pokazać sama sobie, że moje nawyki mogą być jeszcze lepsze i nie potrzebuję głupiego fitatu do posiadania wysportowanej sylwetki :) Mimo że to jest najprostsza droga, to ja wolę odbić w bok.

 

A jak zaczynała się wasza przygoda? :)

I pamiętajcie: możecie śledzić mnie na bloglovin, zapraszam również na facebooka :)