U Rudej - fitnessowo-lifestylowy blog

Moja dieta – co ja tak właściwie jem?

Wspominałam w tym poście, że Patrycja zadała mi całkiem dobre pytanie na temat tego, co jem na co dzień. Tak też w mojej głowie zrodził się pomysł na ten post – nie będę ukrywać, że zawsze trzymam michę w 100%, bo często zdarzają mi się odstępstwa od zdrowej diety. Zdarza mi się korzystać z fixów w proszku (no dobra, tylko z jednego – do spaghetti), ale wychodzę z założenia, że raz na jakiś czas można skorzystać z gotowca – zwłaszcza gdy ma się tak napięty plan, jaki ja mam czasami. Żeby nie było, że się umartwiam nad tym, jak to ja nie mam czasu: zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy mają dużo ciężej, a ja często marnuję czas na Facebooku, jednak zdarzają mi się dni, gdzie nie mam siły na nic. Nawet na przygotowanie zdrowego posiłku od A do Z.

Weźmy na przykład jutro – będzie sobota. Teoretycznie powinnam robić superhiperfit dania cały dzień i pstrykać im foty na Instagrama, a także uzupełnić swoją relację na ig, którą ostatnio mocno zaniedbuję (głównie dlatego, że nie potrafię wyłączyć dźwięku, gdy robię zdjęcie/nagrywam w relacji – ktoś poratuje?). Los jednak chciał, że 18-19 marca mam zjazdy na uczelni. Tak więc jestem w przeszklonym budynku w sobotę od 8:30 do 20:30 z krótkimi, piętnastominutowymi przerwami co 1,5h. To jest 12h poza domem, nie licząc dojazdu. Jak sobie radzę w takiej sytuacji?

Po pierwsze: przygotowuję sobie posiłki dzień wcześniej. Przez chorobę mocno odpuściłam nie tylko treningi, ale i dietę, a nie ma nic gorszego, niż burczenie w jelitach na zajęciach po zjedzeniu kanapki z Żabki (mam IBS-a, co jest uciążliwe, bo nie mogę spożywać zbyt dużej ilości węglowodanów w jednym posiłku), więc muszę zrobić coś swojego. Po drugie: pakuję się dzień wcześniej. Zeszyt, planer, gdy mam sesję to indeks, powerbank. Po trzecie: mimo że w piątek jest świętego Patryka, to nigdzie nie wychodzę, tylko gotuję posiłki na następny dzień i idę spać przed 23. Serio, nie da się wytrzymać 12 godzin na kacu na uczelni, bo prędzej czy później się z niej zwieje, żeby odespać, znam z autopsji. Następnie wszystkie posiłki (a wychodzą 3) pakuję do pojemników i chowam do lodówki, żeby następnego dnia były zjadliwe i się nie popsuły. Widzicie je na zdjęciu powyżej – mieszczą się do dwóch pojemników, które spokojnie wrzucam do torebki średniej wielkości. I dorzucam jeszcze zeszyt i butelkę filtrującą.

Posiłek 1: śniadanie (w domu)

Jajecznica z boczkiem, do tego 1,5 plastra łososia wędzonego, ogórki konserwowe (min. 4) i duży pomidor. Jajecznicę robię z 2 jajek, boczku wrzucam z 30/40 gramów na oko, bo odkąd znowu rzuciłam w kąt liczenie kalorii, nie chce mi się ważyć każdej pojedynczej rzeczy. 1,5 plastra łososia to na oko 25 gramów. Do tego kawa z dwóch łyżeczek bez cukru. Normalnie rano piję zieloną herbatę, ale coś czuję, że jutro przyda mi się więcej energii.

Posiłek 2: II śniadanie (na uczelni)

2 tortille. Tutaj możecie na mnie nakrzyczeć, bo placki kupuję gotowe w Biedronce. Za cholerę nie potrafię robić w domu placków do tortilli, wychodzą naprawdę obleśne w smaku. W tortillę (każdą) wkładam dwa plasterki szynki z indyka, jeden plasterek żółtego sera, polewam keczupem i odrobiną majonezu. Serio odrobinę – połowy łyżeczki z tego nie będzie. Dzięki temu mam pewność, że na szybko podczas zajęć będę mogła się zapchać i żaden dodatkowy składnik nie wypadnie mi z jedzenia prosto na koszulkę. Chociaż jestem na tyle zdolna, że nawet posiłkiem z tak małą ilością składników potrafię się upierdolić :D W każdym razie tortille są dwie, ja jem jedną na raz, a później jak zgłodnieję to przechodzę do drugiej, zazwyczaj już po lunchu.

Posiłek 3: lunch (na uczelni)

Na lunch przygotowałam placuszki z cukinii. Są małe, łatwo je chwycić z lunchboxa i można je jeść paluchami. Idealne do podżerania na zajęciach. Przy okazji nie brudzą i nawet jak spadną mi na spodnie, to nie zostawią plamy. Dodatkowo nie boję się, że coś mi przecieknie z pojemnika do torebki. Placuszków wyszło naprawdę sporo (zdjęcie niżej), ale zjem je wszystkie, shame on me, ale gdy jestem głodna to mam w nosie opinię innych :D

Posiłek 4: podwieczorek (na uczelni)

Zwykle nie jadam podwieczorku i moim 4 posiłkiem jest obiad, ale w tej sytuacji nie mam wyboru i wcinam drugą tortillę. W razie czego mam jeszcze banana, którym mogę się zapchać, gdy będzie mi burczało w brzuchu, ale raczej tego nie przewiduję. W ogóle rzadko jem owoce, chyba że są to winogrona, borówki, maliny czy ananas.

Posiłek 5: kolacja (dom)

W domu jestem koło 21:30, więc mogę w końcu zjeść coś porządnego. Stawiam na sałatkę z gotowanym w bulionie kurczakiem z sosem z keczupu i majonezu. Kurczaka wchodzi tak ze 100 gramów – zależy od tego jak mi się nałoży, nie wiem dokładnie ile wychodzi. Sałatką jest mix sałat, do którego dorzucam pomidory świeże i ogórka zielonego. Dodaję również odrobinę oliwy, chociaż nie zawsze.

dieta urudej

Z ciekawości podliczyłam, ile to wszystko ma kalorii i wyszło 1700 kcal (trochę ponad). Na uczelni wbrew pozorom nie siedzę i się nie obijam, bo mamy zajęcia praktyczne i często drepczemy jak nie po sali, to biegamy po korytarzu, żeby zapamiętać układ wieży z klocków Lego (nie pytajcie, ciężko to wytłumaczyć :D). Białko przekroczone minimalnie (kilka gramów), tłuszcze przekroczone o 10 gramów, ale za to węgli jest mniej niż powinno być. Z reguły tak jest, gdy nie jem w domu obiadu, bo nie mam jak do takich posiłków dorzucić kaszy/ryżu czy warzyw z patelni. W każdym razie na oko nie jest źle pod względem kaloryczności i nawet makro, a podjadać między posiłkami nie muszę. Brzuszek jest pełny, a więc i ja jestem szczęśliwa, a przy okazji mam siłę na to, żeby wysiedzieć na uczelni 12 godzin. Bo to jest bardziej męczące niż trening. Często przebieram nogami i już nie mogę wysiedzieć w pracy, a co dopiero na uczelni. Czasem muszę po prostu wyjść z sali i się przejść na kilka sekund.

Spać również idę wcześniej, bo mam proseminarium (mimo że nas nawet na specjalizacje nie podzielili, ale to pierwsze zajęcia, więc wolę iść, bo jeszcze powiedzą coś ważnego i dupa zbita) na 8 rano w niedzielę. I siedzę na niej do 17:30, więc trochę powtórka z rozrywki, ale chociaż obiad jem w domu :)  A Wy jak sobie radzicie z posiłkami, gdy cały dzień jesteście poza domem? Pakujecie je w pudełka, czy może wolicie kupować gotowe kanapki?

 

 

Obserwuj mnie na INSTAGRAMIE i na FACEBOOKU. Jeżeli chcesz skomentować, wpisz komentarz w odpowiednie pole i kliknij myszką w pole „zarejestruj” → otworzą Ci się pola name, e-mail, hasło, a niżej okienko do zaznaczenia „wolę pisać jako gość”.