U Rudej - fitnessowo-lifestylowy blog

Nienawiść to trucizna

Dzisiaj post będzie bardzo osobisty. Nie będzie dotyczył ani odżywiania, ani zmiany nawyków, ani ćwiczeń. Będzie to typowy lifestylowy post, pełen moich przemyśleń i zwierzeń, dlatego jeżeli nie interesuje cię ta tematyka, poczytaj moje inne wpisy lub po prostu zamknij stronę.

Czasami mam w życiu tak, że muszę się wyżalić. Publicznie pokazać, że jest mi źle i się na to nie godzę. Że nie godzę się na niesprawiedliwość, która spotkała mnie i osoby, które znam. Czasem publicznie posypię głowę popiołem i przeproszę – a musicie wiedzieć, że nadal przepraszanie przychodzi mi z trudem. Wiecie, to prawdziwe przepraszanie, a nie takie na odwal się, żeby tylko móc ruszyć dalej. Ten post będzie po trochu niezgodą, po trochu żalem, ale po trochu również wyznaniem i przestrogą dla was.

Jeszcze w liceum miałam zgraną paczkę – było nas kilka osób, prawie codziennie przesiadywaliśmy w tym samym pubie, widzieliśmy się w szkole i znaliśmy się jak łyse konie. Wyjeżdżaliśmy razem na wakacje i bardzo się lubiliśmy. Wiecie, jak w tych amerykańskich filmach. Wiedziałam, że to nie będzie trwać wiecznie (w końcu w tych filmach takie paczki też się rozpadają), ale miałam nadzieję, że to będzie trwało jak najdłużej. Pomyliłam się, jak możecie się domyślić. Zyskałam jednak wspomnienia z kilku lat (!) naszej wspólnej egzystencji. Piękne wspomnienia, do których teraz wracam już bez żalu i złości. Miałam przyjaciół, chociaż wtedy nie zawsze mogłam na nich liczyć. Wynikało to też z faktu, że wolałam wszystko dusić w sobie i pójść na piwo, żeby zmienić temat, niż poważnie z kimś porozmawiać. Inni również robili podobnie, w końcu mieliśmy po 16 lat, więc nie ma się czemu dziwić, że zamiast rozmawiać na poważne tematy woleliśmy gadać o dupie Maryni.

Paczka zaczęła się rozpadać, gdy część z nas pojechała na studia do Poznania, a część została w Szczecinie. Mieszkałam wtedy z dwiema przyjaciółkami, chociaż nie pamiętam, czy kiedykolwiek je tak nazwałam w rozmowie. Nigdy nie lubiłam tego słowa i wciąż trudno mi się do niego przekonać, ale tak, wtedy to były moje przyjaciółki. Po wyprowadzce ze wspólnego mieszkania coś się popsuło. Inni znajomi, towarzystwo, rzadsze powroty do Szczecina, awantury na imprezach, trzaskanie łzami, płacz, problemy z alkoholem i nadal – dziecinność. Zdrady. Skakanie z kwiatka na kwiatek, szukanie tego jedynego, głupie docinki, w pewnym momencie po prostu złośliwość. Odsunęłam się od grupy po części naumyślnie, a po części grupa odsunęła mnie. Wiecie, byłam wtedy takim wrakiem człowieka, że teraz, po tylu latach, nie dziwię się im, że tak zareagowali. Zraniłam bardzo dużo osób, w tym siebie. Gniłam od środka jak menel na ławce w parku – i tak sobie gniłam, pielęgnowałam w sobie nienawiść, podsycaną stalkowaniem na fejsie starych znajomych i ich nowych znajomych. Zazdrościłam im, że ja już nie jestem częścią grupy, ale jednocześnie ich nienawidziłam i nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego. Pierwszym korkiem do pogodzenia się z tym – a przynajmniej tak myślałam – było pousuwanie ich na fejsie. Dzięki temu nie mogłam ich stalkować, więc jedna pokusa odpadała. Niby dziecinne, ale pomogło mi się uporać z tęsknotą za nimi. Bo tęskniłam – i to cholernie.

Czas jednak płynął i powoli przyzwyczajałam się do nowego życia. Życia z inną osobą, życia z dwójką przyjaciół, narzeczonym i kotem. Życia w jednym mieszkaniu, życia, w którym planuję ślub. Byłam szczęśliwa, a o paczce już wtedy w ogóle nie myślałam. Wtedy też trafiłam na bloga Ani z aniamaluje i to jej nastawienie przekonało mnie, że było–minęło i powinnam pielęgnować w sobie piękne wspomnienia, związane z tamtymi czasami. Np. odrabianie lekcji w Retro, wyjazd do Ińska, zabawa w chowanego, kiedy to jedna osoba tak się chciała schować, że rozwaliła sobie głowę. Pływanie w jeziorze, spotkania w Mecie, granie w darty, obgadywanie nauczycielki od niemieckiego. Powoli wychodziłam na prostą, po dwóch latach.

I wtedy życie kopnęło mnie w dupę – niespodziewanie, jak to ma w zwyczaju. Zmarła moja przyjaciółka z dzieciństwa. Miała wypadek samochodowy. Widywałam ją raz do roku nad jeziorem, nad które jeździmy co roku rodziną i znajomymi. Jej śmierć mną wstrząsnęła i podłamała, zwłaszcza że już wcześniej traciłam ze swojego życia osoby, które były za młode, żeby umierać. Buntowałam się, piłam, płakałam, brałam leki na uspokojenie. Do dzisiaj mam w głowie głos mamy, która powiedziała mi przez telefon „Ala nie żyje, miała wypadek”. Jej pogrzeb to było najgorsze wydarzenie, w którym brałam udział. Widok jej mamy, przyjaciół, rodziny, ale przede wszystkim naszych wspólnych znajomych… Nie życzę tego nikomu. Wiem, że „takie jest życie”, ale ja się nie godziłam na to. Przyjechałam tylko na pogrzeb, nie chciałam rozdrapywać ran. Na pogrzebie płakałam non stop, po pogrzebie też. To było w 2016 roku.

Dwa dni temu spotkałam byłą przyjaciółkę – tę z tej paczki, która się rozpadła. Przez przypadek, u lekarza. Skończyło się na „cześć” i „na razie”, bo wychodziłam od endokrynologa i miałam niezłe zamieszanie w głowie. I brak czasu na głupią rozmowę. I znowu byłam zła, ale dotarło do mnie, że to głupie. Napisałam do niej i spotkałyśmy się na kawie. Uczyłam się wcześniej do sesji, pozdawałam większość przedmiotów, znowu zaczęłam gubić kilogramy, podniosłam odporność i czułam się świetnie. Spotkałam się z nią i chciałam wszystko naprawić. Ale życie znowu dało o sobie znać. Mój kolega, który zaginął w styczniu (możecie kojarzyć post na moim fanpage’u) został znaleziony. Niestety nie żyje. Dowiedziałam się na 5 minut przed wyjściem.

Jestem teraz na „świeżo”. Spotkania nie odwołałam, chciałam przekazać znajomej to osobiście, ale nie wiedziałam jak zacząć. Nie widziałyśmy się ponad dwa lata, nie chciałam zrzucać na niej takiej bomby od wejścia. Jakoś się przemogłam i po półgodziny jej powiedziałam. Też go znała, imprezowaliśmy z nim bardzo często.

Obie te osoby miałyby plus minus 25 lat. Dwadzieścia pięć lat, rozumiecie? Tyle życia było przed nimi… Jestem rozbita, bo wiem, że na żadne z tych zdarzeń nie miałam wpływu. I wpływu mieć nie będę, ale nie chcę godzić się na umieranie w tak młodym wieku. W przeciągu niecałego roku pożegnałam dwie ważne kiedyś dla mnie osoby, obie bardzo młode. Nie powiedziałam im tylu rzeczy. Nie zdążyłam wprowadzić w życie postanowień z zeszłego i tego roku. Nie zdążyłam odnowić kontaktów, nic. Nawet o tym nie myślałam.

Dumę do kieszeni schowałam w momencie, w którym napisałam do M. Kiedyś bym tego nie zrobiła. Nie chcę odnawiać kontaktu, bo „mogą umrzeć”, to przecież głupota. Chcę wam tylko pokazać, że życie jest cholernie niesprawiedliwe, krótkie i gwałtowne, a przy okazji lubi nie tyle rzucać kłody pod nogi, a okładać cię tą kłodą po głowie. Nie trzymajcie urazy. Wybaczajcie. Idźcie dalej, jeżeli za kimś tęsknicie, spróbujcie się do tej osoby odezwać, nawiązać jakiś kontakt. Jeżeli wam zależy, to próbujcie, zmieniajcie siebie. Ludzie się zmieniają, dorastają, rozchodzą, schodzą, zachodzą w ciążę, ale również umierają. Czasem bardzo młodo. Nie marnuj reszty swojego życia na siedzenie przy szklance z piwem i rozmyślaniu „czy gdybym się odezwał wcześniej, to on by żył? Czy gdybym wtedy ja prowadził, to byłoby inaczej?”. Przestań gdybać i zrób pierwszy krok. Bo czasem jest już naprawdę na niego za późno.

Nie godzę się na to niesprawiedliwe życie, ale moja niezgoda i tupanie nóżką nic tutaj nie da. Nie prowokuję już losu, mówiąc „co jeszcze”, jak zrobiłam to w sylwestra, na pożegnanie 2016. Chcę pielęgnować starą znajomość, a wszystkie urazy i moje bóle dupy gdzieś zniknęły. Nawet na byłych chłopaków, którzy nie zawsze byli wobec mnie fair (i vice versa). Skupiam się na tym, co jest teraz. Chcę skupić się na tym, co będzie w przyszłości.

Wiecie, dowiedziałam się wielu rzeczy. Dużo mnie ominęło. Plotki, rozstania, ciąże, dzieci, śluby, wyjazdy, zmiany życiowych planów, wypadki, podupadające zdrowie. Ale chcę to naprawić. Chcę znowu być obecna w życiu tych osób, jednak nie będę namolna. Już nie jestem – a uwierzcie, że kiedyś taka byłam – jak wrzód na dupie. Pierwsze kroki wykonałam, tyle mogę na razie zrobić.

Wiecie, najgorsze jest przejście z tym do porządku dziennego. Najgorsze jest to, że wstajesz rano do pracy, powtarzasz codzienny rytuał. I jednocześnie jesteś tak rozjebany emocjonalnie, że czujesz się jak wydmuszka. Taki stan trwa trochę, a później przechodzi. Śmiejesz się z żartów, skaczesz, ćwiczysz, przechodzisz do porządku dziennego. Nie jestem broń Boże za umartwianiem się, ale jest to jednak trochę przykre. Jeszcze wczoraj miałam nadzieję, że on znajdzie się jednak w Kołobrzegu, że wywinął jakiś numer, że pojechał na wycieczkę, wagary od codzienności, cokolwiek. A dzisiaj czuję się jak pusta skorupka i uśmiecham się do tych, którzy nie wiedzą, bo wiem, że ludzie nie wiedzą jak reagować na takie wieści. Nie chcę im sprawiać kłopotu, ale nie odpowiadam, że wszystko jest w porządku. Milczę, po prostu. Nad tym co było, nad sobą, nad przyszłością.

Wiem, że House mówił, że ludzie się nie zmieniają, ale to nieprawda.

Wpis mocno osobisty, ale czuję wewnętrzną potrzebę, żeby się nim z wami podzielić. Jest ciężko i tak będzie jeszcze jakiś czas. Trzeba będzie zepchnąć te wspomnienia na dalszy plan i powracać do nich przy okazji święta zmarłych. Swoją drogą nienawidzę go, a z każdym rokiem mam coraz więcej powodów, żeby go nienawidzić.

Pamiętajcie, że nienawiść jest jak trucizna – powoli nas zabija. Naszą osobowość i w efekcie nas samych. Puenty brak.