U Rudej - fitnessowo-lifestylowy blog

Slow life – spowiedź Rudej

Dzisiaj będzie trochę prywatniej. Bardziej lifestylowo, osobiście. Wiecie, ten blog dał mi dużo siły i motywacji. To przyjemność widzieć komentarze pod postem, lajki na fejsie, no i otrzymywać wiadomości prywatne od czytelników. Cieszę się, gdy widzę powracających czytelników i te same osoby, które komentują posty. Takie mamy czasy, że uznanie w sieci nas cieszy. U mnie za tym kryje się coś więcej.

Dostałam kopa, żeby zacząć coś robić. Żeby zacząć planować, robić coś na czas. Żeby dotrzymywać słowa. Stworzyłam nawet coś a la wyzwanie z nawykami żywieniowymi (klik klik). Ale jednak każdy potrzebuje zwolnić. Nie ukrywajmy – nie jesteśmy robotami, tylko ludźmi i pracując na najwyższych obrotach tylko się zamęczymy. A gdy jesteśmy zmęczeni, nasza efektywność spada i to mocno. Ostatnie tygodnie nie wyglądały u mnie dobrze. W końcu ułożyłam swój plan treningowy, ale przyznam się szczerze, że ani razu nie zrealizowałam go w 100%. Zawsze któryś trening odpuszczałam, bo albo musiałam lecieć do sklepu, albo byłam chora, albo coś mi wypadało. Gotowy plan treningowy z podziałem na 3 główne partie mięśni ma niestety to do siebie, że gdy coś odpuścisz, masz cholerne wyrzuty sumienia. Ale nadal uważam, że jest dobry – po prostu muszę przestać sztywno trzymać się wyznaczonych dni. Dzisiaj mamy czwartek, a ja zamiast T2 zrobię T1. A może T3? Albo 20 minut cardio. Bo chyba tylko raz udało mi się do niego dotrwać. Przesunie się to wszystko, ale wiem, że muszę to w końcu zrobić, bo nie wyrobię.

Ostatnio albo wracamy do domu i jemy na szybko obiad, a potem wychodzimy do sklepu/odebrać przesyłki/na spotkanie/do kina itp., albo idziemy od razu do miasta po coś, jemy tam i wracamy do domu padnięci. Zrobiłam sobie straszny dług snu i coraz trudniej jest mi wstawać o 6 rano. Dzisiaj to w ogóle miałam masakrę. Mimo że wyrobiłam 110% normy w środę (a byliśmy w kinie! 3 godziny!) bez treningu, to jakoś mnie to nie cieszyło. Chciałam tylko spać, ale musiałam umyć i wysuszyć włosy, musieliśmy zrobić kolację i obiad do pracy. Ani się obejrzałam, a na zegarku wybiła 24. Zaniedbałam mieszkanie, wszędzie kurz, koci żwirek i wkurw, że coś leży nie tam, gdzie powinno, ale nie mam siły tego przenieść. W pracy daję z siebie 200%, żeby wyrobić normę (nienawidzę norm, a sama je sobie ustaliłam w tym miesiącu. Już wiem, że tak pracować nie mogę, bo tylko się denerwuję i męczę) i mój mózg pracuje na najwyższych obrotach przez cały czas. Nawet podczas serialu nie mam jak się odmóżdżyć, bo moją głowę ciągle zaprzątają jakieś natrętne myśli. Nie potrafię się wyłączyć, a na imprezę nie mam kasy, bo przecież idą święta, a my mamy kupiony tylko jeden prezent.

Piszę to dlatego, żeby uświadomić wam, że każdy ma prawo czuć się zmęczony. I nawet jeżeli nie pracuje codziennie fizycznie po 12 godzin, to można czuć się wypompowanym z energii. To wszystko odbiło się na kondycji mojej skóry, mojej cery i włosów. A nawet paznokci – znowu pojawiły się białe plamki na płytce paznokcia. Nienawidzę tego. Dodatkowo raz na średnio dwa dni czułam, że zaraz zemdleję i miałam zawroty głowy. Postanowiłam podliczyć sobie kcal i wyszło, że automatycznie zmniejszyłam ilość kalorii do niecałych 1500. Nawet nie wiecie, jak się wkurzyłam – nie chcę znowu za mało jeść, więc postanowiłam, że zanim nie ustabilizuję swojego zdrowia, wracam do pilnowania makro. Chociaż przez tydzień, żeby nabrać sił i wrócić do intuicyjnego dobierania kaloryczności posiłków.

Może musiałam się wyżalić, ale mam wrażenie, że nieczęsto mówi się o przemęczeniu na fitblogach zwłaszcza wtedy, gdy olewa się treningi. A to jest potrzebne, bo jak pisałam – jesteśmy ludźmi, a nie maszynami. Nasze samopoczucie zależy od masy czynników, w tym pogody, jedzenia, picia, towarzystwa i tego cholernego jajeczka, które chce lub nie chce się usunąć z organizmu kobiety. Dlatego plan na dzisiaj jest taki: wracam do domu i od razu rzucam się na kanapę. Czekam, aż M pozmywa, w tym czasie wgapiając się w ekran laptopa (aktualnie oglądamy Dr House). Potem robię obiad, jemy i czekamy, aż nam się wszystko ułoży. W tym czasie zwykle coś robiłam, ale nie tym razem. Będę siedzieć na dupie i czekać, aż poczuję, że czas na trening. Nie wiem, który dzisiaj zrobię, ale chcę zrobić cokolwiek, nawet 20 minut, żeby nie poczuć, że znowu zawalam. Potem koniecznie prysznic, kolacja, obiad do pracy i może w końcu znajdę czas na pomalowanie tych cholernych paznokci. Serio, od miesiąca chcę je pomalować, ale ciągle mi coś wypada i nie mam czasu czekać, aż lakier wyschnie. To wkurza.

A mieszkanie, jeśli nie posprząta się samo, to posprząta się w weekend. I nie ma przebacz, trzeba. Nienawidzę życia w ciągłym biegu, a ostatnio mam wrażenie, że czas zapierdala jak głupi. Co z tego, że potrafimy się świetnie zorganizować, skoro mamy tyle zajęć, że nie mamy czasu na podrapanie się po tyłku? Super, że wszystko wcisnęliśmy w kalendarz, ale chyba nie o to tu chodzi, prawda?

Planuję zwolnić. Pytanie czy mi się to uda. A jak jest z wami? Macie jakieś sposoby na wolniejsze życie?

Pamiętajcie – jeśli chcecie skomentować, to kliknijcie w „zarejestruj” i tam macie okienko do zaznaczenia „wolę pisać jako gość” :)