U Rudej - fitnessowo-lifestylowy blog

Zmieniamy nawyki żywieniowe #4

Ostatnio sporo się u mnie działo, na dodatek ten miesiąc mocno zaskoczył nas pod względem wydatków (serio, w grudniu byliśmy na plus, a w styczniu już wyszliśmy na minus. Jak, ja się pytam?!), a mnie zaskoczyła także sesja i złe samopoczucie, dlatego czas na mały rachunek sumienia i postanowienie, którego tym razem będę się trzymać w 100%. Wiecie, czasem jest tak, że człowiek zaczyna przeginać i zdaje sobie z tego doskonale sprawę, ale jakoś nie może się przemóc, żeby się ogarnąć. Albo próbuje i nic z tego nie wychodzi.

Sesję mam w większości zdaną, pozostały mi dwie rzeczy plus wyjaśnienie braku ocen z jednego przedmiotu (a prezentację wysyłałam, cholera, no), no i dwa wpisy. Muszę powiedzieć, że mimo całego zamieszania z indeksami i kartami to jednak ten system przemawia do mnie dużo bardziej, niż USOS, który w ciągu jednej sesji potrafił zawiesić się nie tylko studentom, ale też wykładowcom, przez co i tak trzeba było latać za ocenami. Wiecie, to bardzo śmieszne, że mimo USOS-a nadal musiałam chodzić na konsultacje, a co więcej – wypełniać milion wniosków, żeby przedłużyć sesję czy nawet ją zakończyć (!!). Serio. Tutaj nie mam takiego problemu: oddaję kartę do dziekanatu i problem z głowy. I mimo że stałam 40 minut w kolejce po wpis z nieśmiertelnego BHP, które zdawałam chyba z dziesiąty raz podczas całej mojej edukacji, to mogę wybaczyć wszystko tej uczelni, bo i tak miałam być na uczelni tego dnia, więc… No.

Wstęp trochę przydługi, ale chciałam poinformować, że jakoś za tydzień będę miała więcej czasu i może wrócę do pisania postów 3 razy w tygodniu. Chcę też podrasować szablon bloga – dorosłam do slajderów (tak to się nazywa?) i większych zdjęć na początku wpisów. Nie zrezygnuję na pewno ani z obecnego archiwum, ani z kilku postów na stronie głównej ułożonych w taki sposób, w jaki są teraz. To po prostu wygodne przede wszystkim przejrzyste. Nie podobają mi się kafelki, powiększające się zdjęcia i wyskakujące różne pierdoły, które utrudniają przeglądanie bloga. Może kiedyś zmienię zdanie, ale na razie nie mam takiego zamiaru. Myślałam też nad wtyczką pop-up, bo nadal mam mało lajków na fanpage’u, a fakt faktem, najwięcej wejść na bloga mam właśnie z fejsa, ale to temat do przemyślenia, bo mnie bardzo irytują te wyskakujące powiadomienia „polajkuj, bo mi smutno”. Zwłaszcza gdy już dawno mam coś polajkowane. Muszę również poczytać o RSS, bo mimo że jestem w jednym ze spisu blogów, to nie wyświetlam się na głównej z nowymi postami, nie wiem czemu. Wina pewnie leży po mojej stronie i czegoś nie zainstalowałam. Buc chce mi też zaktualizować wordpressa, więc przygotujcie się, że może wszystko jebnąć :D

Tak więc szykują się zmiany, ale nie jakieś poważne :) Tymczasem pewnie chcecie wiedzieć, co przygotowałam dla was w związku ze zmianą nawyków żywieniowych. Cóż, sprawa jest prosta – alkohol. Niby każdy wie, że alkohol to trucizna, ale jakoś nadal go pijemy. Tracimy po nim zdolność mówienia, logicznego myślenia, zdolność ruchową, nasze nerwy są uszkadzane, a my następnego dnia czujemy się beznadziejnie. Nie wspominając o utracie pamięci.

Dlaczego alkohol jest szkodliwy dla naszego organizmu?

Zacznijmy od tego, że alkohol nie posiada żadnych wartościowych dla naszego organizmu składników. Absolutnie żadnych. A jak mi ktoś wyjedzie z badaniami amerykańskich naukowców, którzy stwierdzili, że w piwie są witaminy, to przysięgam, że zamorduję. Wszystkie korzystne składniki, które spotykamy w piwie, nie tylko są w znikomej ilości, ale również praktycznie w ogóle nie są przyswajalne. Czyli nadal zero korzyści. Musiałabyś wypić naprawdę sporo litrów piwa, żeby jakiekolwiek witaminki mogły być przyswojone, ale wiesz doskonale, jak to się kończy, prawda? Prędzej te witaminki wysikasz lub wyrzygasz, jeżeli wypijesz 10 litrów piwa. Owszem, jeżeli chodzi o wino, sprawa ma się trochę inaczej i kieliszek czerwonego wina dziennie może przynieść nam jakieś korzyści, jednak to, że może, nie oznacza, że to zrobi. Dodatkowo wino nie ma w sobie absolutnie nic niezbędnego, czego nie mają inne pokarmy/napoje. Pijąc jedną lampkę dziennie jednak dostarczasz sobie nie tylko węgli, ale również mnóstwa kalorii. I szkodliwych substancji, które zaburzają gospodarkę lipidową w naszym organizmie. I po co to? Zwłaszcza że co to za frajda wypić jeden kieliszek, nie?

Alkohol powoduje choroby. I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że można łatwo tutaj odbić piłeczkę i powiedzieć, że to życie powoduje choroby, ale c’mon, ludzie. Alkohol jest trucizną, która powoduje destrukcję komórek, zwłaszcza tych nerwowych. Pijąc alkohol pogarszamy swoje funkcje intelektualne i emocjonalne. Oprócz tego alkohol ma bardzo zły wpływ na naszą wątrobę i trzustkę. Dla każdego człowieka inna ilość alkoholu to duża ilość, ale faktem jest, że pijąc za dużo możemy wywołać u siebie zapalenie wątroby, marskość, a nawet możemy zwiększyć prawdopodobieństwo zachorowania na raka! Jeżeli chodzi o trzustkę, to jej choroby może wywołać tłuste, nieodpowiednie jedzenie, zwłaszcza połączone z alkoholem. Zapalenie trzustki to poważne zagrożenie dla naszego życia – kończymy w szpitalu, co nie jest przyjemne, a kiedy nie przestaniemy pić, możemy umrzeć. I nie mówcie, że „jestem młoda/y, to mnie nie spotka”. Sorry, ale mój rok starszy kolega w szpitalu był już kilka (!!) razy przez fast foody i alkohol. To zabójcze połączenie. I to może spotkać każdego! Dla mnie dużą ilością alkoholu będzie pięć piw na imprezie raz w tygodniu, dla ciebie mogą to być dwa plus jeden shot wódki.

Organizm walczy z alkoholem, dlatego pijąc osłabiamy naszą odporność. Nie bez powodu czujemy się po imprezie osłabieni. Nawet jeśli nie mamy kaca, to często towarzyszą nam inne nieprzyjemności, związane z piciem. Tępe pulsowanie w skroniach, uczucie senności, drażliwość, nabranie wody przy jednoczesnym odwodnieniu, biegunki, mdłości. I nie zawsze jest to efekt kaca. Nasz organizm walczy z alkoholem, spada nam odporność i w efekcie częściej łapiemy jakieś choróbska. Alkohol zwiększa też przyswajanie żelaza, dlatego pamiętaj, jeżeli masz z nim problem, to ogranicz picie, a zwłaszcza przed pobieraniem krwi. Alkohol również powoduje mocne skoki cukru we krwi. Ta-dam! Bo wiecie, piwo też zawiera cukier. Dużo. Cukru.

Alkohol sprzyja występowaniu innych chorób, takich jak nadciśnienie, choroby serca, udary, choroby układu pokarmowego. Alkohol niszczy nam florę jelitową, czego efektem są częste biegunki. Alkohol, zwłaszcza ten mocniejszy jak wódka, może zwiększyć prawdopodobieństwo zachorowania na wrzody żołądka. Również wątroba może mieć problemy z trawieniem alkoholu i może po prostu nie wyrabiać. Ja się tego nabawiłam, ale tak jak wspominałam – bagatelizowałam problem. Ale czas z tym skończyć.

Na wyzwaniu fastfoodowym poległam, ale z alkoholem się trzymałam jako tako. To był chyba najlepszy pod tym względem miesiąc. Chcę piąć się w górę, dlatego postanowiłam, że naszą zmianą w nawykach żywieniowych powinno być właśnie ograniczenie alkoholu :) Nie dość, że po dwóch tygodniach odczujemy różnicę, przestaniemy zatrzymywać wodę po imprezach, to jeszcze ograniczymy ilość spożytych kalorii i nie będzie nas kusiło, żeby sięgnąć po coś niezdrowego. Musimy jednak pamiętać o kilku ważnych zasadach.

1. Rozsądek. Jeżeli szykuje się jakaś ważna dla ciebie impreza, urodziny, imieniny, spotkanie po latach, to nie odpuszczaj i idź na nią. Postaraj się jednak pić słabszy alkohol, niż wódka. I pij dużo wody pomiędzy kolejnymi dawkami alkoholu. Staraj się nie pić szybko, oszczędzisz nie tylko żołądek, ale też pieniądze.

2. Co z oczu, to z serca. Jeżeli masz jakiś alkohol w domu, to go schowaj. Albo wyrzuć. Wiem, że alkohol w domu może kusić – ja przedwczoraj pozbyłam się (doustnie, a jak) resztek wódki i whisky, które miałam w domu. Jakoś mi lżej na sercu, mimo że nie przepadam za piciem w domu. Ale wiadomo, jak to jest po imprezie. Nie mówię, że masz wywalić 100-letnią whisky, ale niech zniknie ci z oczu. Niech piwo nie stoi w lodówce, na widoku.

3. Jeżeli się złamiesz, to nic się nie stanie. Każdy ma chwile słabości. Czasem po prostu człowiek potrzebuje się zresetować, ale postaraj się, żeby takie sytuacje nie miały miejsca. Alkohol powoduje problemy, a nie je rozwiązuje! Pijąc na smutki możemy tylko wpaść w alkoholizm. Tak samo jak kompulsywne objadanie się, picie „bo jest źle” jest złym rozwiązaniem.

4. Bądź asertywna. W Polsce mamy kulturę alkoholu i sama się o tym boleśnie przekonałam. Na szczęście powoli wzrasta świadomość społeczeństwa, ale nadal zdarzają się przypadki słynnego „ze mną się nie napijesz?”. Jeżeli masz obawy, że znajomi będą cię namawiać i będą upierdliwi, zastosuj piękną strategię moich rodziców (i chyba rodziców w całej Polsce): nie, bo nie. I tyle. Twardo odpowiadaj bo nie, w końcu im się znudzi. A jak są wyjątkowo uparci, to powiedz, że masz drobne problemy zdrowotne i nie możesz pić przez jakiś czas. Będzie to lekkie nagięcie prawdy, ale lepsze to, niż marudzenie przez całą imprezę, że nie pijesz. Albo rozwiąż problem inaczej – pojedź autem. Ta-dam!

Nie namawiam do całkowitej abstynencji, chociaż według WHO powinniśmy ją rozważyć. Wiem jednak, że to będzie kolejne ograniczenie i czasem po prostu człowiek chce się napić tego cholernego drinka czy ma ochotę na piwo, zwłaszcza latem. Więc chill, wyluzujcie, ale pilnujcie się. Powiem wam, że mi będzie cholernie ciężko, ale żeby utrzymać się w swoim postanowieniu, będę codziennie spamować wam tablicę na moim FP (tutaj) z krótką relacją, czy mi się udało nie pić.

Znam ludzi, którzy twierdzą, że bez alkoholu nie potrafią dobrze się bawić. Czują się wtedy źle i się spinają, ale kurde… To wszystko tkwi w głowie! Powtarzam wszystkim, że do zmian nawyków musimy dokonać zmian w głowie, bo inaczej chuj bombki strzeli, świąt nie będzie. Musimy tego chcieć. Bo gdyby niepicie było takie proste, to nie byłoby alkoholików na świecie.